-Zayn, słuchasz co do ciebie mówię?
Spojrzałem ze znudzeniem na Paula, naszego menadżera. Z reguły naprawdę starałem się uważać w trakcie jego długich i mało interesujących wykładów, ale dzisiaj nie miałem do tego głowy. Ludzie krążący po galerii byli zbyt głośni, obsługująca nas kelnerka bez przerwy rzucała mi tęskne spojrzenia, a grupka chichoczących dziewczyn działała mi na nerwy. To był jeden z tych dni, gdy powinienem zostać w domu, korzystając z samotności.
-Jasne - mruknąłem bez przekonania. - Więc na czym skończyliśmy?
-Właśnie tłumaczyłem jaki image będzie dla was najbardziej korzystny. Zdjęcia z imprez nie mieszczą się w jego zakresie.
Ciągnął dalej, ale ja już się wyłączyłem. Bardzo dobrze znałem tą gadkę, słyszałem ją po każdej nocy spędzonej w klubie. Nie żeby było ich wiele, przy tak napiętym grafiku nie mogłem nawet odwiedzić znajomych, a co tu dopiero mówić o dzikiej zabawie z nimi.
Brzdęk szkła wyrwał mnie z zamyśleń. Louis jęknął przeciągle na co Niall wybuchł gromkim śmiechem. Paul przerwał swój wykład i zupełnie opanowany poprosił przechodzącą obok kelnerkę o serwetki. To była jedna z typowych sytuacji, gdy znudzony Lou przypadkiem coś niszczy, na nikim już nie wywierało to wrażenia. Ja też nie przywiązałbym do tego większej wagi, gdyby nie fakt, że wciąż ciepła herbata zalała moje spodnie i koszulę. Wstałem od stołu i mrucząc z irytacji zacząłem przepychać się do łazienki. Ta w kawiarni ciągnęła się w nieskończoność, więc w coraz gorszym nastroju musiałem znaleźć inną wewnątrz centrum. Ludzie ukradkiem spoglądali na moje mokre jeansy. Nikt nie rozpoznał we mnie gwiazdy, bo też o wiele ciekawszy okazał się fakt, że wyglądam jakbym się zsikał.
-Zatrzymaj się!
Odruchowo stanąłem w miejscu, choć okrzyk wcale nie był skierowany do mnie. Nie musiałem się długo wysilać by zgadnąć do kogo jest adresowany. Różowowłosa dziewczyna biegła pod prąd, przepraszając i rozpychając się umazanymi na czarno rękami. Na ramieniu miała zawieszoną torebkę, która wyrządzała przechodniom najwięcej szkód, co rusz waląc kogoś po głowie. Auć.
- Excusez moi! Bardzo mi przykro!
Jednak wcale nie wyglądała na skruszoną, co więcej wydawało się, że cała sytuacja niezwykle ją bawi.
Nie zdawałem sobie sprawy, że w dalszym ciągu stoję w miejscu dopóki dziewczyna na mnie nie wpadła. Otworzyła zaskoczona usta, jakby spodziewała się, że nim do mnie dotrze, usunę się na bok tak samo jak inni. I zrobiłbym to, gdybym z takim zaangażowaniem nie obserwował całej sytuacji. W obliczu tego nudnego dnia, to wydarzenie było niezwykle interesujące.
-Merde! - zaklęła z pasją i pospiesznie zerknęła za siebie. Ochroniarz z każdą chwilą był coraz bliżej.
Niewiele myśląc złapałem ją za rękę i pociągnąłem w stronę najbliższego sklepu. Nie stawiała najmniejszego oporu. Pozwoliła bym ją poprowadził i nawet nie zapytała dokąd zmierzam.
Kasjerka przez moment stała osłupiała za ladą. Czekałem aż nadejdzie moment rozpoznania, a gdy to nastąpiło natychmiast kazałem jej opuścić kratę.
-Wow, to się nazywa mieć wpływy - Różowowłosa była pełna uznania.
Mówiła z silnym akcentem i ciężko było mi pojąć sens jej słów, ale o dziwo miało to w sobie pewien urok.
Wyprowadziłem ją na zewnątrz drzwiami dla personelu i dopiero wtedy opuściła mnie cała adrenalina. Nie miałem pojęcia dlaczego jej pomogłem. Skoro goniła ją ochrona, musiała coś przewinąć. Może była złodziejką, a nawet jeśli to niezbyt udaną, bo nie widziałem, żeby miała przy sobie jakiś skradziony dodatek. Pomoc nieudolnej złodziejce nie stanowiła mojego priorytetu. A jednak tu byłem.
-Merci - uśmiechnęła się uroczo i odgarnęła zabłąkany różowy kosmyk za ucho.
-Nie ma sprawy.
-Tutejsi ochroniarze są tacy... - zmarszczyła brwi szukając odpowiedniego angielskiego słowa. - Sztywni.
-To zależy co przeskrobałaś.
Zaśmiała się bez cienia skrępowana. Już za sam ten śmiech mógłbym wiele zrobić. Zakrawał o chichot, jednoczenie będąc pozbawionym tego drażniącego głupkowatego wydźwięku.
-Upiększyłam kilka kinowych plakatów - wyznała. Na potwierdzenie pokazała mi umazane markerem ręce. Przewróciłem rozbawiony oczami, a wtedy ona przyjrzał mi się uważnie. Zagryzła w skupieniu wargę i już czekałem na pisk czy prośbę o autograf, gdy ona ponownie wybuchła śmiechem. - Może to głupi, ale wydaje mi się, że twoje zdjęcie też pomazałam.
Przez ten akcent nasza wzajemna komunikacja nieco kulała. W końcu zrozumiałem co próbuje mi powiedzieć i nie mogłem do niej nie dołączyć w kolejnej salwie śmiechu. Od tygodnia w kinach grany był nasz drugi film, a reklamujące go plakaty można było znaleźć niemal wszędzie. Nie wątpiłem więc w jej prawdomówność.
- Tak, to bardzo prawdopodobne.
Dziewczyna pokiwała energicznie głową, a jej wzrok zatrzymał się na moich poplamionych spodniach. Z jej twarzy można było czytać jak z otwartej księgi, nie ukrywała ani jednej emocji i choć z reguły byłem beznadziejny z rozszyfrowywaniem ludzi, a tym bardziej kobiet, to teraz nie miałem wątpliwości co myśli.
-To herbata - wytłumaczyłem.
-Oui, herbata - przytaknęła. - Wy, Anglicy uwielbiacie herbatę.
-A wy Francuzi bagietki.
- Non! - zmarszczyła nos z niesmakiem. - Nienawidzę baguettes.
Nie miałem pojęcia jak przedłużyć naszą rozmowę, a za wszelką cenę nie chciałem jej jeszcze kończyć. Brzmiało to banalnie i oklepanie, ale jeszcze nigdy nie spotkałem tak interesującej osoby. Potrafiła zamienić zwykłą niechęć do wypieku w niezwykle emocjonalną wypowiedź. Poza tym nie przywiązała najmniejszej wagi do tego, że musiałem być kimś sławnym, skoro jak sama przyznała pomazała moją plakatową podobiznę. Takie osoby to rzadkość, a tym bardziej jeśli przy okazji są cholernie intrygujące.
Problem rozwiązał się sam, gdy Różowowłosa z ogromną energią wyciągnęła przed siebie rękę.
-Jestem Chantal - powiedziała na jednym wydechu. - Chantal Pierce.
- Zayn Malik.
Uścisnąłem jej rękę, która okazała się niezwykle delikatna jak na tak ruchliwą osobę. Chwyt jednak miała silny i pewny, nie było w nim choćby cienia skrępowania.
-Francuzi znani są z dobrych manier - zauważyłem z uśmiechem i niechętnie puściłem jej rękę.
-Poznałeś samych nudnych Francuzów, Zaynie Maliku. Ale ja to zmienię, obiecuję.
Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że uwielbiam sposób w jaki wymawia moje imię. Otworzyłem usta by jej coś odpowiedzieć, ale w tym momencie zadzwonił mój telefon. To był typowy dla Harry'ego brak wyczucia czasu. Odrzuciłem połączenie, doskonale wiedząc dlaczego dzwoni. Minęło już dwadzieścia minut od mojego wyjścia z kawiarni i zakładam, że dla nich to o piętnaście minut za dużo. Problem w tym, że ja wcale nie chciałem wracać. Wolałem stać na tyłach galerii z zakręconą Francuzką u boku i w skupieniu słuchać jej melodyjnego głosu, licząc, że uda mi się zrozumieć co chce mi przekazać.
Zbyt długo musiałem na nią patrzeć, bo uśmiechnęła się promiennie, jakby w odpowiedzi. Miała naprawdę ładny uśmiech. Właściwie to nie tylko uśmiech, cała była ładna. Nie wytapetowana czy zbyt starannie ubrana, biła z niej raczej naturalna uroda. Duże szare oczy okalane gęstymi rzęsami, zadarty nosek z kilkoma piegami, usta rozciągnięte w uśmiechu. Do tego długie fale różowych włosów, jasna dresowa sukienka i trampki pomazane markerem.
-Dlaczego mi się przyglądasz? - zapytała neutralnie. Nie była ani skrępowana, ani dumna z uwagi, którą jej oferuję. Po prostu była ciekawa.
-Przypominasz mi kogoś - palnąłem, bo to było pierwsze co przyszło mi do głowy.
-Wcale nie - pokręciła z rozbawieniem głową. - To najgorsza wymówka jaką mogłeś wymyślić.
-Skoro znasz odpowiedź, to dlaczego pytasz?
-Bo tylko tak można wyciągnąć z ludzi odrobinę prawdy.
Mój telefon znowu zadzwonił. Przekląłem w myślach i bez entuzjazmu zerknąłem na wyświetlacz. Tym razem dobijał się do mnie Liam, a to znaczyło, że sprawa robi się poważna. Zmuszali Payne'a do wydzwania do mnie tylko wtedy, gdy stracili nadzieje, że odbiorę od kogokolwiek innego.
-Odbierz - poradziła. - Nie zniknę.
-A jeśli jednak...?
-To twoje życie stanie się o wiele smutniejsze - odparła z prostotą.
I choć było to przerażające, wiedziałem, że ma rację.
Idąc za jej poleceniem wysłuchałem monologu Liama, który z opanowaniem godnym ojca tłumaczył, że ignorowanie połączeń i znikanie na nie wiadomo jak długi czas jest cholernie nieodpowiedzialne. Przytakiwałem, gotowy przyznać się do błędu byleby tylko mieć to za sobą. Na koniec obiecałem, że niedługo do nich wrócę i się rozłączyłem.
-Musisz wracać - Chantal stwierdziła, a w jej oczach zamigotały iskierki rozczarowania.
-Tak - potwierdziłem. - Ale spotkamy się jeszcze, prawda?
Miałem ochotę się zbesztać. Ta błagalna nuta w moim głosie czyniła ze mnie desperata, a to nie świadczyło o mnie najlepiej. Tyle, że nie mogłem odejść bez upewnienia się, że to nie ostatnie nasze spotkanie. Spędziłem z tą dziewczyną pół godziny, uratowałem ją od aresztu i obserwowałem jak jej twarz zmienia się z każdym kolejnym zdaniem. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim straciłem dla niej głowę.
-Oui, dlaczego nie? - Choć co chwilę się uśmiechała, i tak nie mogłem powstrzymać rozczulenia, które ogarniało mnie za każdym razem gdy to robiła.
Sięgnęła po mój telefon, a ja nawet nie mrugnąłem. Z reguły nie pozwalałem by mój blackberry był dotykany nawet przez resztę chłopaków, ale to było co innego. Z zainteresowaniem patrzyłem jak otwiera moje wiadomości i bez cienia zainteresowania tymi wysłanymi, tworzy nową. Subtelnie zakryła ekran dłonią, dopisała jeszcze kilka liter, po czym oddała mi urządzenie.
-Au revoir!
Odwróciła się i z ostatnim posłanym mi uśmiechem, odeszła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz